Archive for Czerwiec, 2007

Abraham obronił tytuł mistrza świata IBF w wadze średniej

Niemiecki bokser ormiańskiego pochodzenia Arthur Abraham obronił tytuł mistrza świata organizacji IBF w wadze średniej. W bawarskim Bambergu pokonał przez techniczny nokaut w trzeciej rundzie Kanadyjczyka Sebastiena Demersa.

27-letni Abraham jest niepokonany w zawodowej karierze, dotychczas odniósł 23 zwycięstwa. Rok starszy Demers przegrał po raz pierwszy. Wcześniej wygrał 20 pojedynków. Nigdy wcześniej nie walczył poza Kanadą.

Podczas gali w Bambergu boksowali dwaj polscy pięściarze – Łukasz Janik i Łukasz Rusiewicz (obaj w kategorii junior ciężkiej). Janik (rekord 4-0) pokonał przez techniczny nokaut w trzeciej rundzie Łotysza Jewgienijsa Stamburskisa (3-9), a Rusiewicz (6-4) przegrał na punkty z Niemcem Aleksandrem Frenkelem (9-0).

Komentarze

Dzinziruk wciąż mistrzem świata WBO

Serhij Dzinziruk z Ukrainy obronił tytuł mistrza świata organizacji WBO w wadze junior średniej, wygrywając podczas gali bokserskiej w Hamburgu przez nokaut w 11. rundzie z Brazylijczykiem Carlosem Nascimento.

31-letni Dzinziruk jest niepokonany na zawodowych ringach. W sobotę odniósł 34. zwycięstwo, a 22. przed czasem. Jest posiadaczem tytułu mistrzowskiego od 3 grudnia 2005 roku, a to był jego trzeci udany pojedynek w obronie pasa. Natomiast 28-letni Nascimeno, po 16 wygranych pojedynkach (13 przez nokaut), poniósł pierwszą porażkę w karierze.
info: PAP

Komentarze

Gołota: Do pięciu razy sztuka?

Kiedy ostatni raz rozmawiałem z Buddy McGirtem, zupełnie przypadkowo dowiedział się, że… nie jest już trenerem Tomasza Adamka.

Tym razem zadzwoniłem po to, by porozmawiać Buddy’m o Andrzeju Gołocie, który od czterech tygodni wylewa poty – dosłownie, bo w sali McGirta w Vero Beach temperatura rzadko spada poniżej 100 stopni Fahrenheita – przygotowując się do walki 9 czerwca w katowickim Spodku.

Przygotowuje się, spotykając każdego dnia pięściarza, którego nazwiska na pewno szybko nie zapomni – Lamona Brewstera, z którym przegrał już w pierwszej rundzie przed dwoma laty w chicagowskim United Center swoją czwartą szansę zdobycia tytułu mistrza świata. Przy okazji, McGirt komentuje także decyzję Tomasza Adamka przejścia do wyższej kategorii wagowej…

– Buddy, kończysz trening z Lamonem, zaczynasz z Gołotą? Obaj panowie nie mają sobie nic do powiedzenia?

Buddy McGirt: Znasz Lamona, to jeden z najgrzeczniejszych ludzi jakich możesz kiedykolwiek spotkać poza ringiem. Temat walki sprzed dwóch laty w Chicago nie pojawił się nawet przez sekundę. Rozmawiają, żartują między sobą – normalka..

- Ale sparingów Gołota – Brewster nie planujesz?.

Buddy McGirt: Aż tak bardzo się nie lubią. Nie, na pewno nie ustawię ich naprzeciwko siebie. Nawet w ochronnych kaskach.

- Nieformalnie treningi z Andrzejem rozpocząłeś na początku roku, kiedy w tej samej sali przygotowywałeś do walki o tytuł WBC Tomka Adamka.

Buddy McGirt: Nie nazwał bym tego “trenowaniem” Gołoty. Bardziej, korzystając z tego, że przychodził na salę, chciałem mu zwrócić uwagę na parę rzeczy, dać mu czas, żeby dokładnie wiedział, czego jeszcze chce od boksu. Gołota jest zupełnie innym człowiekiem niż Adamek – obaj ciężko trenują, nie ma z nimi żadnego problemu, ale Andrzejowi chyba łatwiej się “wyłączyć”, odpocząć psychicznie po naszej harówce.

- Jeśli jesteśmy przy Adamku – jak oceniasz jego przejście do wyższej kategorii wagowej?

Buddy McGirt: Pierwsze słyszę, jestem zaskoczony… Nie jestem pewien, czy to dobra decyzja. Ten chłopak był idealny na półciężką, chyba nie powinien przeskakiwać piętro wyżej. Cios od rywala, który ma 200 funtów boli znacznie mocniej, niż tego ważącego 175. Znacznie mocniej. To już kategoria, w której naprawdę nie można pozwolić się trafiać.

- Wracamy do Gołoty – największa różnica pomiędzy tym, który rekreacyjnie przychodził do ciebie w styczniu, z tym przygotowującym się do walki w Polsce?

Buddy McGirt: Fizycznie żadnej, bo on zawsze wygląda tak, jakby miał zaraz wyjść na ring. Mentalnie olbrzymia – widać było po nim determinację. Gołota na pewno wie, że to jego ostatnia szansa, by coś zrobić w boksie. Na nic nie narzeka, tłucze worek, jakby chciał go rozwalić, dobrze rusza się na nogach. To było moje pierwsze pozytywne zaskoczenie – zwykle w wieku Andrzeja pierwsza co wysiada to praca nóg. U niego tego zupełnie nie widać. Nie wiem, czy to jego obsesja jazdą na nartach, czy fakt, że nie wyeksploatował się na ringu, ale w każdym razie na to nie muszę zwracać uwagi. Tak jak na to, żeby Gołota nie myślał tylko o tej walce 9 czerwca, żeby myślał o przyszłości. On chce jeszcze powalczyć, chce wygrywać. Nie powiem, że zostanie mistrzem świata, ale może w jego przypadku obowiązuje zasada do pięciu razy sztuka?

- A na co musisz zwracać uwagę?

Buddy McGirt: Żeby był znacznie bardziej agresywny na ringu. Z takim lewym prostym – ciągle jeden z najlepszych wśród ciężkich – powinien bardziej atakować, podwajać go, uderzać szybciej prawą i nie czekać na reakcję rywala. Co mu zrobią, jak ich trafi raz czy dwa lewą? Pójdą do przodu? We wtorek zaczynamy sparingi, zobaczymy jak Andrzej będzie sobie radził z żywym rywalem. W worki mi już porozwalał. Po sparingach krótka przerwa i lecimy do Polski. Będziemy w Katowicach tydzień przed walką.

- Co poza rekordem (21 zwycięstw, 18 nokautów, 13 porażek) i tym, że ma pseudonim Bestia wiesz o rywalu Andrzeja, Jeremy Batesie?

Buddy McGirt: Niewiele poza tym, że… wiem jak będzie walczył. Rzuci się na Andrzeja od pierwszych sekund, bo wie, że inaczej nie ma żadnych szans. Jeremy albo nokautuje, albo jest znokautowany. W Katowicach będzie to drugie.

- Taktyka ataku na Gołotę od pierwszych sekund sprawdziła się w przypadku Brewstera…

Buddy McGirt: …ale Bates to nie Brewster – pod żadnym względem. Zresztą taka wpadka, jak przed dwoma laty się Andrzejowi już nie zdarzy. Ja na to nie pozwolę.

Komentarze

Łukasik będzie broniła mistrzowskiego pasa

Karolina Łukasik w sobotę (19 maja) stoczy w Hamburgu pojedynek w obronie mistrzowskiego pasa federacji WIBF w wadze junior średniej w boksie – czytamy w “Sporcie”.
Rywalką Polki będzie Niemka Heidi Hartman. 25-letnia polska mistrzyni świata stoczyła sześć zwycięskich zawodowych pojedynków. Więcej szczegółów w “Sporcie”.

Komentarze

Walka stulecia dla ubogich

Mistrz Taylor ma złe intencje i chce znokautować Spinksa

De la Hoya z Mayweatherem skasowali 2 tygodnie temu za walkę stulecia łącznie 65 milionów dolarów. Dzisiaj w nocy na ring w Memphis wyjdą dwaj inni wielcy mistrzowie, ale zarobią 1/10 tego co tamci.

Jermain Taylor (28 l.) to mistrz świata federacji WBC i WBO w wadze średniej. Z 27 walk tylko jednej nie wygrał (remis z Wrightem). To on będzie faworytem superwalki z Corym Spinksem (29 l.), mistrzem IBF w wadze junior średniej i byłym czempionem WBC, WBA i IBF w półśredniej (36 zwycięstw, 3 porażki). – To ja jestem niepokonany – przypomina Taylor (przydomek Złe Intencje). – Spinksa znokautuję. We mnie jest wściekły pies i nikogo się nie boję.

Jego rywal jednak też się nie obawia. Tym bardziej że… jest przyjacielem Taylora. – Razem dorastaliśmy i często graliśmy w kosza – wspomina Cory Spinks. – Jesteśmy przyjaciółmi, ale przede wszystkim jesteśmy bokserami, więc dziś obaj będziemy starali się urwać rywalowi głowę. Możecie na to liczyć! Tuż przed pojedynkiem o pasy WBC i WBO w wadze średniej do ringu w Memphis wyjdą dwaj inni specjaliści od “urywania głów”. W pojedynku “Królów Nokautu” Edison Miranda (28 zwycięstw, 24 przed czasem, 1 porażka) zmierzy się z Kellym Pavlikiem (30 zwycięstw, 27 przed czasem). Zwycięzca uzyska prawo walki o pas WBC w wadze średniej.

Nie przegap!
Transmisja gali z Memphis dziś w nocy w Polsacie Sport Extra od 2.30

info: Jan Ciosek/Super Express

Komentarze

Nie odpuszczę tej walki

Krzysztof “Diablo” Włodarczyk już niedługo będzie bronił mistrzowskiego tytułu. Nasz bokser ciężko trenuje przed walką, która odbędzie się 26 maja. Forma rośnie a sam “Diablo” jest przekonany, że pokona Steve’a Cunninghama. “W tej walce nie ma miejsca na fuszerkę. Bardzo chcę wygrać” – mówi DZIENNIKOWI Włodarczyk.

Góry, mnóstwo wolnego czasu, spacery z narzeczoną. Obóz przed rewanżową walką ze Steve’em Cunninghamem wyglądają jak wczasy, a nie przygotowania do obrony tytułu.

Nie polecam nikomu takich wczasów. Trenuję codziennie dwa razy po dwie, dwie i pół godziny. Jeśli na wieczór mamy zaplanowany sparing, to ten poranny trening jest trochę lżejszy. W tym momencie największy nacisk kładziemy na dynamikę. Już nie chodzi o wytrzymałość, ale podkreślenie tego, co zrobiliśmy wcześniej.

Jaki wpływ na pańskie przygotowania miał styczniowy zabieg usunięcia wyrostka robaczkowego?

Operacja rozbiła przygotowany wcześniej cykl treningowy. Dobrze, że walkę udało się przełożyć. Odbędzie się w ostatnim możliwym terminie. Jeszcze miesiąc temu przy bardzo mocnym napięciu mięśni brzucha czułem lekki ból, ale to już minęło. Staram się o tym nie myśleć. Nie jest to trudne, bo ostatnio dostałem parę razy w tę stronę i nic się nie działo.

O pana sparingach krążą po Szczyrku legendy. Sobotniej walki, kiedy znokautował pan Andre Purletta, długo tu nie zapomną.

W sparingach staram się realizować to, co założymy z trenerem. Z Cunninghamem powinienem zadawać ciosy w półdystansie, przeprowadzać więcej akcji, walić seriami. Bić, nie czekać na jego ciosy. To ćwiczę. Ale w ringu pojawiają się emocje, zwycięża chęć wygrania.

Kiedy łatwiej przygotować się do walki, gdy się jest mistrzem czy pretendentem?
Przygotowanie psychiczne nie różni się. W obu przypadkach nie ma miejsca na fuszerkę. Dlatego nie oszczędzam się w sparingach. Bijemy się na całego. Mimo, że walczymy w kaskach i bułach, czyli rękawicach dwukrotnie cięższych i bardziej amortyzujących siłę ciosów, sadzam chłopaków na dupach. Trzeba im za to nieźle płacić. Za dwa tygodnie ze mną dostają tyle kasy, na ile ludzie pracują przez dwa miesiące. Ja zresztą też czuję ich ciosy. Jak pracuje się z trenerem Fiodorem Łapinem?

To bardzo wymagający człowiek. Ma plany dotyczące przyszłości każdego z kim trenuje. Widzi w nas potencjał. My Polacy zazwyczaj po pierwszym sukcesie odpuszczamy. Ten Rosjanin ma inną mentalność. Dla niego pierwszy znaczący sukces to dopiero początek. Mnie to nie przeszkadza. Lubię ciężko pracować, czasem dostać po mordzie. Trenujemy razem już czwarty rok. Ojciec nie ma na mnie takiego wpływu, jak trener.

Oczekiwanie na walkę jest trudne? Czy w tym czasie pojawiają się momenty zwątpienia?

Rzeczywiście, chciałbym mieć ją już za sobą. Trudne chwile przychodzą na samym początku, zaraz jak zaczynają się przygotowania. Biegam i myślę: „Na co mi to wszystko potrzebne. Tyle wysiłku, wyrzeczeń”. Za chwilę przychodzi opamiętanie. To jest moje życie. Mam na utrzymaniu wspaniałą rodzinę, syna… Oni mnie motywują i ważne, żeby cały czas we mnie wierzyli. Nawet, jeśli nie wszystko idzie dobrze.

Pański syn Kacper ogląda pana w ringu?

Na razie nie zabieramy go na walki. Za dużo się wtedy dzieje. Harmider panujący podczas gali nie jest dobry dla dziecka, które we wrześniu będzie miało cztery lata. Zostaje z babcią albo chrzestną i – jak nie śpi – to ogląda mnie w telewizji. Zauważyłem, że kiedy jest ze mną, czuje się bardzo pewnie.

Kiedy został pan mistrzem świata życie nagle zwariowało?

Zdarzają się śmieszne sytuacje. Ludzie mnie rozpoznają, ale nie do końca. Przechodzą… niby idą dalej… wracają. Siedzieliśmy przy kawie. Kiedy moja narzeczona Małgosia została na chwilę sama słyszała: “Widziałeś, kto tam siedzi? To ten Diablo.” Ostatnio policjanci przepraszali, że muszą mnie ukarać za przekroczenie prędkości, bo wszystko się nagrało.

Bokserzy to balangowicze?

Bijemy się po głowach, więc nie wiadomo, co komu do łba strzeli. Poza tym mamy świadomość, że można dostać, upaść… Zazwyczaj nie dopuszcza się takiej myśli, ale odstresowanie i zapomnienie jest czasem potrzebne.

Na pana walkę 26 maja w Katowicach przygotowano 10 tys. biletów.

Pięknie byłoby, gdyby zjawiło się tyle ludzi. Zaskarbiliby sobie moją niesamowitą wdzięczność. Do tej pory największa publiczność przed jaką walczyłem to było 6 tys. kibiców. Jeśli są po twojej stronie, samo wejście na halę daje ogromnego kopa. Potem wspaniała jest cisza po gongu i wrzawa po akcji. Jak nic nie słychać, znaczy, że nic się nie dzieje.

źródło: Krzysztof Jordan / Dziennik

Komentarze

De la Hoya przegrał, ale zarobił

34-letni Oscar De La Hoya przegrał w Las Vegas walkę z Floydem Mayweatherem juniorem, ale będzie się śmiał wpłacając do banku czek warty około… 45 milionów dolarów.

Wszystko dlatego, że promowany przez jego firmę Golden Boy Promotions pojedynek wykupiła w systemie telewizji płatnej pay-per-view rekordowa w historii pięściarstwa liczba widzów – ponad 2,15 miliona! Na pojedynku zyskał także zwycięzca, 30-letni Floyd Maywether jr, któremu dzięki znakomitej oglądalności do gwarantowanej sumy 10 milionów dolarów dojdzie czek warty drugie tyle. W odróżnieniu od de la Hoi, który pieniądze schowa do banku, “Pretty Boy” pewnie zwinie studolarówki w warte po 10 tysięcy dolarów ruloniki i będzie je nosił tam, gdzie jego zdaniem są najbezpieczniejsze – w kieszeni spodni.

- Po tej walce nie będzie już chyba takich, którzy będą ciągle twierdzić, że boks umarł albo umiera – powiedział ogłaszając nowy rekord Ross Greenburg, szef pokazującej walkę HBO Sports. Poza rekordem z wpływów za transmisję wynoszącym 120 milionów dolarów (2,15 mln kibiców zapłaciło w USA po 54,95 dolara by zobaczyć walkę), 45 milionów, które zarobił na tym pojedynku Oscar de la Hoya, to aż o 10 milionów więcej niż dostali za swój rewanżowy pojedynek Mike Tyson i Evander Holyfield. No i de la Hoi nikt nie odgryzł kawałka ucha…

Zdaniem Greenburga, ogólna liczna widzów w USA , która obejrzała ten pojedynek to przynajmniej 10 milionów. – Wiadomo, że kibice składali się i oglądali walkę de la Hoya – Mayweather jr wspólnie w domach. Obliczamy, że na jedna transmisję przypadało nie mniej niż pięciu sympatyków boksu – powiedział Greenburg. Na niezwykły sukces medialny pojedynku wpłynęła także specjalna dokumentalna seria HBO “de la Hoya – Maywether 24/7″, pokazywana przez pięć kolejnych tygodni w HBO. Stacja stworzyła na podstawie bezprecedensowego, praktycznie całodobowego dostępu do obu pięściarzy niezwykły obraz przygotowań obu zawodników. Jak obliczyło HBO, poszczególne odcinki “24/7″ oglądało przeciętnie nie mniej niż cztery miliony widzów.

info: Przemek Garczarczyk/interia.pl

Komentarze